Ten o bezkonfrontacji

1463563_799021440136250_7454565211991803768_n - Kopia


Kto mi odda moje zapatrzenie
I mój cień, co za tobą odszedł?
Ach, te dni jak zwierzęta mrucząc,
Jak rośliny są – coraz młodsze

K.K.B., Pioseneczka (fragment), 16 I 1942


Czuję się jak na balu maskowym. Dookoła w intensywnych pląsach przewijają się ludzie, których chyba znam. Kojarzę ich głosy i maniery, ale te maski budzą wątpliwości. Jak trafiłam na ten bal? Kiedy się rozpoczął? Z jakiej okazji? Nie wiem, po prostu się na nim znalazłam. Słyszę ich rozmowy. Przez wąskie szpary w masce obserwuję jak tańczą. Wiem, że kiedyś potrafiłam rozpoznać każdego, dziś jest to niemożliwe.

Nie widzę za to siebie, własna maska jest dla mnie zagadką. Nie ma tu luster, co częściowo mnie smuci, a częściowo cieszy.


Czuję presję, taką, że aż nie może być wysłowiona. Ale rozliczać się nie chcę. Rozliczanie wymaga konfrontacji zamierzeń i zaangażowania z ulepioną rzeczywistością. Boję się wyniku. Boję się lustra.

Z drugiej strony, skoro tak silnie odczuwam ten strach, chyba już się trochę rozliczyłam. Może to coś, od czego nie da się uciec – w tym względzie moje ciało jest niezwykle szczelne. Rodzące się w głowie i w sercu iskry nie są tak uprzywilejowane, jak ciepłe powietrze opuszczające płuca, czy krople potu wsiąkające w kołnierzyk. Nie mogą opuścić tkanek, jam ani porów, by przeobrazić się w coś innego. Kiszą się i kulą. A Kulki Smutku nie da się zbyć, oszukać, wykiwać. Przynajmniej nie skutecznie.

Kulka Smutku jest cwana, cierpliwa i cuchnąca.

Ten o Iwanie i miłości do słów

Ze mną i popkulturą jest tak, że ona się nie kończy, a ja co chwilę znajduję sobie nowy jej kawałek. Nie narzekam, bo dzięki temu wciąż się rozwijam, choćby jakoś. Ale mijają miesiące i czas oddziela ziarna od plew. Tych pierwszych, wbrew pozorom, nie ma wiele. Dlatego dziś chcę uhonorować artystę, który właściwie już zapuścił korzenie w moim życiu muzycznym. Swoją drogą – pisywałam już podobne teksty, ale aż takiego appreciation posta nie mam chyba w swoim dorobku.


Iwan Rheon, trzydziestoletni Walijczyk*, znany głównie z desek teatru ekranu. W 2002 roku rozpoczął przygodę z walijską dramą, następnie przerzucił się na produkcje brytyjskie. Obecnie najbardziej kojarzony jest chyba z Misfits i naturalnie Game of Thrones. Sama poznałam go właśnie w tym hicie HBO. Szybko zyskał moją sympatię ze względu na rolę znienawidzonego przez większość, okrutnego psychopaty, Ramsaya Baltona. Moje zamiłowanie do tego typu bohatera stawia poprzeczkę wysoko, ale Rheon mile mnie tam zaskoczył. Uznałam, że skoro tak dobrze wcielił się w sadystę, warto go sprawdzić.
ramsey-happy-ending-gif_470x239

18 maja 2015 roku podczas luźnego researchu trafiłam na Iwana z gitarą. Przesłuchałam, potraktowałam to jako kolejną z okołoserialowych ciekawostek. A później przesłuchałam jeszcze raz. I jeszcze. Spodobał mi się jego głos, muzykę też uznałam za przyjemną. A później zdarzyło się coś niezwykłego – zauważyłam, że piosenka ma tekst. I to nie byle jaki.

I tak Iwan Rheon stał się chwilową słabością muzyczną. Moi współlokatorzy i znajomi z pewnością pamiętają, jak wylewał się z głośników przez wiele dni. Najczęściej puszczałam ten uskrzydlony utwór. Później faza wstępna minęła. Powód wydawał się prosty – jako, że Iwan jest trochę bardziej aktorem, niż muzykiem, nie może się pochwalić dużym dorobkiem w tej drugiej kwestii. Nie wszystkie piosenki przypadły mi do gustu, więc zwyczajnie się znudziłam.

Iwan_guitar_3254634b

Ale ostatnio, całkiem przypadkowo, wsłuchałam się w utwór, który niespecjalnie wcześniej lubiłam. I nagle jakby ktoś walnął mnie w łeb mosiężną patelnią. Straciłam przytomność w tej muzyce. Bo ona właśnie jest tym elementem, którego brakowało na mojej życiowej playliście. Piosenki Rheona w moim odczuciu są głębokie, ale w taki przyjemny sposób, że można w nich nurkować, ale nie czuje się potrzeby dotknięcia dna.

Sam artysta, na swojej skromniutkiej stronie internetowej, pisze:

I’ve been writing tunes since I was fourteen. I dunno why. Loving music and possibly boredom. When I first started learning the guitar I had a Beatles chord book and Oasis ‚Definitely Maybe’. (…) Along the way more folk influences and acoustic based artists have got me thinking, like Bob Dylan. Lyrics are always hard to write, I find, because I’m not interested in making things obvious.

Zdobył tym moje serduszko, bo: najprościej na świecie wytłumaczył, czemu tworzy; jego inspiracje muzyczne są mi bliskie; naprawdę nie przedstawia rzeczy w sposób oczywisty. Wszystko u Iwana jest proste – muzyka, słowa, on sam. Ale nic nie jest jednoznaczne. I właśnie tej nieziemskiej prostoty i przejrzystości nie mogę wytłumaczyć. Chyba można to tylko poczuć. Warto więc uważne przesłuchać jego mini-albumy. Nie wiem, którą piosenkę wybrać do posta, bo każda ma duszę. Ale niech już będzie elektryzujący Dinard:

Why would bliss make us blush
When it keeps us alive
Can we sit, sipping whiskey
And slip, slip away
To the garden of Eden
And filling ashtrays.
(…)
Give me fire and illusion
And don’t let me sleep
Give me taunting out trouble
And teasing belief. 


Kiedyś w wywiadzie dla walijskiego teatru Iwan opowiadał o swojej postaci ze sztuki The Devil Inside Him. Podsumował słowami: „He’s very poetic and he sees the world in a different way. He has a love for words”. Sztuki co prawda nie widziałam, ale przez pryzmat powyższego cytatu mam wrażanie, że zagrał tam samego siebie. A jego muzykę polecam ludziom, którzy też mają miłość do słów.



* Kolejną niezwykłą zaletą Iwana Rheona jest jego walijskość właśnie. Lubię artystów, którzy potrafią korzystać ze swojej kultury, a w tym przypadku języka. Posłuchajcie, jak dobrze brzmi. Iwan! Mae’n dda gen i gwrdd â ti!

Ten z definicją życia i kwestią muchy w zupie

tumblr_m24b8hdvKW1r8tnzzo1_500


Wkurza mnie już to wszystko. Ciągle mi mówią, że muszę dążyć do spełniania marzeń. Albo że warto żyć. Albo że zupa, w której pływa mucha, jest niezdatna do jedzenia. Jeśli zobaczę muchę w zupie natychmiast powinnam zawołać, niczym Tim Roth w „Pulp Fiction” – tylko z pretensjami. I co robić, jeśli mi ta mucha niespecjalnie przeszkadza? Równie dobrze mogę ją wyrzucić i zjeść ciepły posiłek. Obrzydliwe, bo pewnie przed chwilą siedziała na gównie i na pewno przez to umrę? No cóż, żyję 23 lata, z niejednym gównem miałam styczność i wciąż jakoś funkcjonuję.
Farby do włosów krzyczą do mnie z reklam, sklepowych półek i kosmetyczki rodzicielki. Jak zobaczysz siwy włos to farbuj szybciutko, szybciutko, zanim ktoś zauważy! Hej, ale ja lubię siwe włosy. Niby to świat, w którym człowiek może wyglądać jak zechce, ale lepiej, żeby nie chciał być naturalnie siwy. Bardziej od siwych włosów lubię mężczyzn z siwymi włosami. To także jest fuj, bo przecież „on mógłby być twoim ojcem”. Mógłby być dla mnie także kimś innym, nie mam z tym problemu.
Mądre głowy wzdychają i powtarzają: „nie ma co gdybać”. A dla mnie gdybanie jest w porządku, wolę gdybać niż działać. Przez działanie kroczę naprzód, poruszam się między kolejnymi stacjami, takimi jak „Nie Chcę Tego Robić Ale Powinnam”, „Muszę Się Zaangażować, Żeby Coś Osiągnąć, Bo Muszę Coś Osiągnąć” i tak dalej. Nie podoba mi się to kroczenie, wolę pozostawić sprawy własnemu biegowi i przyglądać się im z boku. Ten sposób myślenia wynika z lenistwa albo jakiegoś godnego podziwu sprzeciwu wobec niepisanych zasad. Wolę stwierdzić, że jednak z lenistwa, bo sprzeciw sam w sobie jest działaniem.
I słucham tych wkurzających rad, bezwiednie przyjmuję za prawdziwe. I przekazuję dalej, co czyni mnie jakąś… Sama nie wiem, hipokrytka to złe słowo, podobnie jak leming. To pieprzenie bez sensu, takie blah blah blah.

Kto nie lubi cytatów? Takich z ulubionej piosenki? Takich sentencji filozoficznych albo genialnych stwierdzeń wybitnych polityków albo – jeszcze lepiej – Paulo Coelho? Miło jest czuć zadowolenie płynące z docenienia czyjejś myśli. „To jest to”, mówisz bezgłośnie i kiwasz z uznaniem głową, gdy usłyszysz słowa, które dokładnie oddają to, czego sam nie potrafisz poskładać. A jeśli są przy tym zabawne i elokwentne to już w ogóle szał. Takim cytatem jest dla mnie ten oto:

Life is just blah blah blah. You hope for blah, and sometimes you find it, but mostly it’s blah. And waiting for blah. And hoping you were right about the blahs you made. And then, just when you think you’ve got the whole blah damn thing figured out, and you’re surrounded by the ones you blah, death shows up. And blah blah blah. (Andy Botwin)

A zatem nowe podwaliny mojego światopoglądu są wytworem ćpuńskiego i niedojrzałego umysłu fikcyjnego bohatera rodem z telewizyjnego show o trawie. Fajnie. Fajnie to napisali, a on fajnie to wygłosił, bez zbędnych emocji. I samą prawdę gada. Moja ekscytacja wynika z faktu, że to chyba najbardziej cyniczna myśl, jaką usłyszałam kiedykolwiek. Trzeba zauważyć, że cała wypowiedź wcale nie jest nacechowana negatywnie. A blah nie jest zrezygnowane. Ono po prostu JEST.
Oczywiście można spędzać godziny na przemyśleniach (koniecznie przy gaszonych nonszalancko połówkach papierosów), prowadzących do podstawienia za każde blah jakiejś wyższej wartości. Co więcej – NALEŻY takich godzin spędzić choć kilka, żeby w zgodzie z własnym sumieniem móc dojść do wniosku, że to całe życie to tylko blah blah blah. To miły, akceptowalny wniosek.

Ten o anegdotce z zabawną pointą

Striptizerki w przerwie między występami, Nowy Jork, 1958 r.


Anegdotka z zabawną pointą:
siedzą raz tacy różni artyści na altanie u Vincenta. Taki malarski jam se urządzili.  No i każdy tam coś dłubie i dłubie przy tych swoich obrazach, wymieniają luźne uwagi, popijają winko i generalnie fajnie spędzają czas. Jeden typ oderwał się na trochę od pracy i ruszył na przechadzkę. Chodzi gdzieś między sztalugami i patrzy co tam takiego koledzy kombinują. W końcu podbija do gospodarza i z nieukrywanym zainteresowaniem pyta: „a ty co tam dłubiesz?” na co Vincent odpowiada: „a, słoneczniki”.

Ten o płomieniu fascynacji

Jean Michel Basquiat and Andy Warhol collaboration, 1985


Bob Dylan – I Want You


To jeden z najpiękniejszych weekendów mojego życia.
Zapowiadał się całkiem przeciętnie – cicho, spokojnie. I prawdę mówiąc nie był ani głośny, ani niespokojny. Zapowiadał się zwyczajnie, okazał się wyjątkowy. A wszystko dlatego, że pozwoliłam sobie spędzić go ze sobą – tą, która lubi przeżywać.

Jest coś za czym tęsknię już od pierwszego roku studiów. Co miałam jeszcze będąc w liceum, lecz po maturze zniknęło. Bałam się, że na zawsze. Ale na szczęście wróciło. A tym tajemniczym czymś jest płomień fascynacji. Kiedyś stałam w nim nieustannie, wciąż znajdując nowe obiekty do adoracji, pretendujące do miana mojego konika lub nawet pasji. Od niemal pięciu lat nie czułam ciepła tego płomienia. Aż do teraz.

Byliście kiedyś czymś tak zafascynowani, że mimo drżących ze zmęczenia dłoni dalej kartkowaliście książkę w poszukiwaniu informacji na ten temat? Mimo wilgotnych od ziewania oczu nie przestawaliście oglądać poświęconego temu filmu? Mimo natłoku obowiązków nie znaleźliście w sobie odpowiednio dużo silnej woli, by przerwać słuchanie i zainteresować się swoim życiem tu i teraz? Byliście tak zafascynowani, że nagle mieliście ochotę wiedzieć, tworzyć, brać i dawać?  Jeśli nie – myślę, że nie doświadczyliście czegoś wspaniałego.

Znam obecną siebie wystarczająco by wiedzieć, że ta namiętność może być ulotna. Ale może jednak nie do końca wyrosłam z gorączkowania. Kto wie? Póki co płonę z fascynacji. Trochę też z wdzięczności – jestem wdzięczna Światu za to, że wciąż mnie czymś zachwyca.

I za surrealizm sączący się z powyższych słów. Szczególnie tych z piosenki.

Ten o lwach, liściach i nawykach

malowanie-swiatlem-2


LEW
Och!

DEMETRIUSZ
Lwie, sławnie ryknąłeś.

TEZEUSZ
Dobrze uciekłaś, Tyzbe.

HIPPOLITA
Pięknie świeciłeś, księżycu! Na uczciwość, ten księżyc świeci z rzadką gracją.

Lew szarpie płaszcz Tyzby i wychodzi.

TEZEUSZ
Lwie, dobrze szarpałeś.

(William Shakespeare, Sen nocy letniej)


Pisanie w trybie „literka-literka-literka-backspace-backspace-backspace-literka-literka-backspace-backspace” działa mi na nerwy. To takie chcę-ale-nie-mogę-i-wiem-o-tym-ale-nadal-chcę. Październik też działał mi na nerwy, ale właśnie zaczął się listopad, który w chłodnym powiewie i krótkich promieniach słońca niesie nowe nadzieje. I w opadających liściach. Liście umierają chyba najradośniej na świecie. Spadają z życia pełne kolorów, jakby ciekawe, co jeszcze przygotował dla nich los. A później włączają się w taneczny korowód ze swoimi pobratymcami i wiatrem. I tak się bawią, dopóki nie przyjdzie grabarz (tu: ktoś z grabiami) i nie zakończy tego balu.

Miniony miesiąc był niełatwy między innymi dlatego, że starałam się wyzbyć złych nawyków i zastąpić je tymi dobrymi. Walczyliście kiedyś z nawykami? To najgorsza walka, bo z samym sobą. Nie poniosłam klęski, żadnych fantastycznych zwycięstw też nie było. Ale nauczyłam się w końcu zmywać naczynia bezpośrednio po użyciu, a to już ogromny sukces.

 

O co chodzi z cytowanym fragmentem komedii Shakespeare’a? A o to, że to mój ulubiony fragment. Z całej sztuki, przebogatej w pięknie dobrane słowa i niewybredne sytuacje, najbardziej porusza mnie i rozbawia właśnie ta. Sama tego nie rozumiem. Ale lew sławnie ryknął i to liczy się najbardziej.

Ten o wyręczaniu się cytatem

tumblr_n36kysK5Gz1qaxmg0o1_500


Rzadko tak robię, ale dziś zamiast własnych myśli przytoczę w całości czyjeś, nie obdarzając ich nawet zbędnym komentarzem. Tekst mówi sam za siebie za mnie.


Jestem taki szczęśliwy bo niczego mi nie brak
może poza nieszczęściem żeby w szczęście je zmienić
jestem taki radosny bo niczego mi nie brak
może poza rozpaczą bym mógł szczęście docenić

Mam wszystko jestem niczym

Mam dom pełen wiatru rudy płomień na dachu
nie ma ścian pętla zwisa z sufitu na haku
mam litr wódki i bułkę i trującą ampułkę
i w kieszeni mam garście niepotrzebnych miedziaków

Mam wszystko jestem niczym

Pełno we mnie złej śmierci co oczami wypływa
i kołuje jak ptaki nim je deszcz spłucze z nieba
i czasu mam zbyt wiele żeby z czasem coś zrobić
więc się z nudów zabijam nic mi więcej nie trzeba

(Robert Kasprzycki – Mam wszystko jestem niczym)